niedziela, 26 lutego 2017

89. Splash

Posiadanie córki usprawiedliwia wiele poczynań, zakupów i zachowań. Nikt się nie dziwi że padasz z zachwytu nad brokatową koroną, lub woreczkiem welurowych różyczek, czy wiąchą helowych balonów w kształcie jednorożcow. (Masz przecież alibi w postaci kilkulatki, ale to, że nosisz tę koronę na balu karnawałowym i nie chcesz oddać balona "bo odfrunie" nieco zdradza twój prawdziwy motyw.)
Nie będę wam ściemniać. Ja spełniam swoje marzenia spełniając marzenia Rózi. Okazuje się bowiem, że w gruncie rzeczy większość dziewczynek ma podobnie. Ma być ślicznie, błyszcząco, nierealne, magicznie i dużo. Planeta o nazwie Umiar to odległa galaktyka, do ktorej leci się niechętnie rakietą "w pewnym wieku nie wypada".
 Kilkutygodniowe plażowe zabawy sprowokowały Różaną wyobraźnię do dalszych wędrówek i parę dni temu usłyszałam, że mojej córce przydałby się ogon syreny w którym można się kąpać. Spoko. Sklepy są przecież pełne takich rzeczy jak błyszczące syrenie ogony dla pieciolatek....
Głową ruszyłam i uszyłam.
Swoją drogą ciekawą jest reakcja dziecka na spełnianie marzeń. Róża odebrała ogon piszcząc, po czym oniemała z zachwytu. Przywdziała go bez słowa i siedziała skupiona, jakby oswajała się z nową kończyną. Po kwadransie skakała w nim do wanny celem zwodowania. Ogon zdał egzamin, mimo że gubi cekiny, co przydaje dodatkowej radości -można wyławiać je filiżanką i kolekcjonowac w pudełku na skarby.... Gdy nie jest akurat syreną, Rózia organizuje spontaniczne imprezki. Nad basenem, którego fizycznie nie mamy, ale to malomieszczanskie podejście strarej kobiety bez wyobraźni. Imprezka to bałagan, głośna muza, i nieprzerwany ciąg dziwnych zdarzeń.
I tak cztery razy dziennie. Jutro przedszkole (yeeeeah).


niedziela, 5 lutego 2017

88. Last minute

Poczęstowano mnie wirusem, tudzież bakterią (któż to wie) i rzuca mi się na różne otwory w głowie. Gdyby nie dokumentacja fotogragiczna, przez moment pomyślałabym, że mam haluny. Wyszlam do kuchni celem zrobienia zapasu herbaty, a gdy wróciłam ujrzałam to. To są wakacje na wodnej dolinie proszę ja was. Tu się relaksuje, pływa łodzią, opala, na kolację jada frutti di mare z własnego połowu i nie zadaje głupich pytań. Toteż i nie zdawałam. Jedynie poleciłam dziecku kategorycznie odziać się na powrót w piżamę, gdyż gołe jak święty turecki zażywało kąpieli w odmętach udrapowanej w fale kołdry. W sumie, mogę chorować na plaży.







sobota, 4 lutego 2017

87. Stonoga

    Czas chorowania wykorzystany został na produkcję ekoludka na konkurs do przedszkola. Szto eta? Ano arcydzieło produkcji własnej z wykorzystaniem surowców wtórnych mające pokazać jak w bardzo przydatne są śmieci do ponownego wykorzystania w domu i zagrodzie. Inaczej - kupa śmieci o cechach morficznych. Konkurs generalnie planowałam olać, ale nie dało się. Po pierwsze, Róża każe sobie odczytywać wszelkie tabliczki ogłoszeniowe w zasięgu wzroku, w obawie że może ją coś ominąć. Po drugie słowo "konkurs" wywołuje natychmiastowe skojarzenie ze słowem "nagroda", a po podświadomość uwalnia wspomnienie - endorfinowy haj wywołany już raz wygranym konkursem na bożonarodzeniowy stroik i łaknie więcej. Po trzecie koleżanka Patrycja już zaniosła swojego ekoludka, który został pochwalony i żółć zazdrości zalała dziecku wątpia.
Zatem przystąpiłyśmy do roboty, chciałoby się napisać z zapałem, ale niestety jego zapas wyparował kilka minut po tym jak okazało się, że dekorowanie postaci cekinami, pomponami i brokatem przewidziano dopiero na finał, a póki co trzeba myć, ciąć, łączyć i konstruować żeby się nie rozleciało. Ponieważ Róża zdecydowała, że robimy stonogę konstrukcja wymagała pomyślunku. Tymczasem dziecko przy nacinaniu dwudziestej słomki imitującej owadzie odnóże ogłosiło strajk  i oscentacyjnie udało się do łóżka, gdzie wzdychając ciężko konało ze zmęczenia nad tabletem z bajką. Bóg mi świadkiem ,że miałam ochotę uczynić to samo, jednak skala usyfienia podłogi wskazywała na takiż sam wysiłek przy sprzątaniu jak i przy konstruowaniu, a jakoś tak mam że w syfie nie odpocznę. Dzieło nabierało kształtów, Róża znad bajki co jakiś czas rzucała motywujące  "Dobrze ci idzie mamusiu" , lub na widok mojego postukiwania palcem w telefon napominała "Czy ty przypadkiem nie miałaś robić MOJEJ stonogi?". Potem szereg reklamacji dotyczącej zbyt małej ilości segmentów ciała, oraz słabej kolorystyki. W końcu nadszedł czas dekoracji lania brokatem (który wsiąkł był bez efektu) i klejenia bibuły i pomponów gdzie popadnie, przez co owad zyskał nieco lepromatyczny wygląd. Stonodze, po 123456654323456 zmianach nadano imię Róża.
       W okolicach środy udręczony opieką ojciec oznajmił, że jego zdaniem należałoby dać gdzieś upust energii temu czemuś co wlazło w naszą córkę, gdyż niechybnie zdemoluje nam chatę. Faktycznie dziecko wykazywało nadpobudliwość na wielu płaszczyznach, więc pod pretekstem zbliżającego się terminu oddawania prac konkursowych zostało w czwartek eskortowane do przedszkola.
       Niczym jest przejście po wybiegu podczas pokazu mody wobec przejścia korytarzem od szatni do sali z dwuipółmetrową stonogą na sznurku w towarzystwie zachwyconych dzieci i pań woźnych. Róża kroczyła w majestacie Crystal Carrington z czołówki Dynastii, niemal słyszało się w tle melodię. Efekt popsuła na moment awaria sznurka, który był się urwał, ale osobisty serwis w postaci matki natychmiast naprawił usterkę. Praca została zdana. Po powrocie z placówki oświatowej dziecko oznajmiło, że tęskni za Różą stonogą i poprosi o drugą identyczną. Zaczynam rozumieć ideę recyklingowych ekoludków.


niedziela, 29 stycznia 2017

86. Babysitter

Kilka dni temu Róża wróciła z przedszkola w towarzystwie wirusa, przez co kolejne dni spędziła w domu. Tatuś bohatersko zgłosił swą kandydaturę na pielęgniarza. Ja sie bohatersko zgodziłam (mordując w sobie instynkt mamy kwoki) i poszłam do pracy. Pierwszy telefon odebrałam 10 minut po wyjściu z domu.

1.
Mąż: - Czy ty wiesz co ONA zrobiła? Wdrapała sie na półki! A wisząc na najwyższej krzyczała "tato! Ratuuuj!"
Ja: - Ale nic się nie stało? Przecież sam się chwalisz, że jako dziecko łaziłeś po meblach!
M: -Ale ja... nikogo nie wołałem. Leciałem na ryj z honorem. Poza tym nic nie rozumiesz.

2.
M: - Za każdym razem jak o coś ją proszę zaczyna trzeć oczy i buczeć że chce do mamy.
Ja: - A teraz czemu buczy?
M: - Powiedziałem, że dzwonię do mamy.

3.
M: - Oszaleję. Kurwajapierdole oszaleję. Jak wrócisz będę całkiem siwy zobaczysz.
Ja: - Czemu?
M: - Wyje.
Ja: - Co sie stało?
M: - Zgubiła zęby w tańcu....* Nie wiemy gdzie są.
Ja(dusząc sie ze śmiechu): - Szukaj! Kocham was!

*Róża nosi protezę przednią.

4.
Ja: - Halo, czemu nie dzwonisz?
M: - Śpimy. Niech to trwa.

Po powrocie do domu zastałam ich w atmosferze, jaka charakteryzuje ludzi, którzy spędzili ze sobą kilka lat w celi - milczącej akceptacji swoich wzajemnych słabości.
Kolejne dni mijały we wzglenym spokoju.
Z tym że mężowi radośnie błyszczą oczy na myśl o pójściu do pracy.

"Za piekna żeby pociąć.Zawieśmy ją wysoko"
#prideworldwide

środa, 18 stycznia 2017

85. Dzień święty święcić

   Nie wszyscy wiecie ( ja na ten przykład - nie wiedziałam ), że w poniedziałek (16.01) było święto.
O tym, że nie jest to taki zwykły sobie dzień, dowiedziałam się w poniedziałkowe popołudnie, przychodząc po Rózię do przedszkola. Zostałam natychmiast uświadomiona przez uszczęśliwioną córkę, ze oto właśnie nastąpił DZIEŃ BROKATU i ona proponuje żebyśmy uczciły go zakupując w lokalnym markecie lakier do paznokci, który tak jej się spodobał ostatnio. Na widok mojej miny, którą przybrałam po wysłuchaniu cudownych wieści dziecko nie tracąc animuszu wymieniło z marszu koleżanki, u których rzeczony lakier na paznokciach już był. Dodatkowo została mi okazana i praca plastyczna wykonana w technice wyklejanej z brokatowych strzępów ozdobnego papieru, jako niezbity dowód na nadejście Brokatowego Dnia.
 Może i jestem mięczak, ale doceniam uargumentowaną i rzetelnie przygotowaną ściemę. Poza tym w jej wieku też bym nie zasnęła spokojnie widząc ten brokatowy lakier...

cesarzowi co cesarskie

niedziela, 8 stycznia 2017

84. Śnieg


Śnieg spadł wreszcie mocium panie. W dzieci wlazł z marszu imperatyw sanczenia, a że nie wiadomo doprawdy ile czasu biel pokrywać będzie okoliczne skwery, rodzice capnęli sznurki człapiąc ku zasepkom. Każdy po kolei strzela smartfonem serię pociesze robiącej orła/aniołka, bo a nuż to ostatnie już? 
Na górkę od wczoraj nie ma już po co chodzić, ponieważ po nalocie saneczkarzy wygląda jak rzeżucha kiełkująca na ligninie - nieznaczne prześwity bieli wystają wstydliwe spomiędzy trawy.
Nawigowałam zatem na boisko do proboszcza - białe jak trzeba, jednak deczko nudne w swej płaskości. Dla dziecka jak się okazuje nuda i śnieg to wyrazy przeciwstawne, robiłyśmy więc labirynty, tropiłyśmy zwierzęta po śladach, Rózia odkryła zestaw "mały kamieniarz" i taszczyła głazy w sobie tylko wiadomym celu.
W końcu jej sie znudziło i  już miałyśmy zmierzać do domu wzdłuż alei granitowych obelisków, gdy w Różanej głowie narodziło sie pragnienie slalomu. Pomysł wykonałyśmy ze śmiechem, każda rozbawiona czym innym. Róża piszczała z uciechy na ostrych zakrętach, ja rechotałam do wewnątrz ujrzawszy grawer na obeliskach.
Nie wiem ilu z was miało okazję dosłownie lawirować pomiędzy dziesięciorgiem przykazań. My wczoraj. Między "nie kradnij" i "nie mów falszywego świadectwa" jest najtrudniej.

Ew.Jana 3:3



"

niedziela, 1 stycznia 2017

83. Happy new year

 Dzień sylwesterowy uczciliśmy rodzinnym wyjściem do kina na bajkę o trollach, którą każde z nas oglądało w charakterystyczny dla siebie sposób. Róża z lizakiem w dziobie (słodyczowy dzień) z oczami jak spodki przeżywała każde niepokoje i przeciwności losu bohaterów wdrapując się na nas z przejęciem. Ja tradycyjnie spłakałam się na scenie miłosnej budząc zdziwienie wśród sąsiednich krzesełek, zasiedlanych przez rodzeństwo, które wrażliwość zjadło wraz z furgonetką popcornu. Tatuś natomiast przysnął był nieco, dzięki swej na oko pięcioletniej sąsiadce, która w emocjach czochrała go po włosach, co jak wiadomo na kochanego tatkę działa jak flet na kobrę.
Po bajce wybrałyśmy sie na lodowisko, niestety już bez ojcowskiej asysty. Tatuś nie mógł odpędzić sprzed oczu wizji naszych poobcinanych łyżwami palców i udał się do domu żeby nie zwariować.
Myślę, że jak na pierwszy raz na lodzie Rózia poradziła sobie nader dzielnie. Może zbytnio wzięła  do serca powtarzane przeze mnie słowa starego bacy "jak się nie wywrócis, to się nie naucys" i gorliwie tarzała się po tafli nie tylko z okazji rozjeżdżania się kończyn. Najważniejsze jednak, że bawiła się dobrze, a ja mimo spektakularnego upadku na dupsko mogłam dokustykać do taksowki. Na pewno jeszcze się wybierzemy. Resztę dnia pijana od emocji Rózia spędziła na doskonaleniu szermierki różdżką i podziwianiu falstartowych fajerwerków.  Nazajutrz z okazji Nowego Roku zrobiłam to, co miewałam za złe dorosłym, będąc dzieckiem - przedwcześnie i bezdyskusyjnie zarządziłam usunięcie ruchliwej, acz mocno łysawej choinki.
Wyniosłam ją na śmietnik i przypomnialam sobie szmonces o ciasnym mieszkaniu i kozie... Rebe miał rację! Okazuje się, że Róża ma bardzo duży pokój. A w razie gdyby w okolicy błąkał się jakiś Muminek, mamy pół wiadra igieł i naleśniki z obiadu.

Trzymała się...