niedziela, 2 kwietnia 2017

93. The włos


Poróżniłam się z córką w kwestii długości grzywki. Rózia uparcie twierdzi, że grzywka musi być i za nic nie pozwala jej sobie zapuścić, ba, nawet odchylić na bok. Po każdym czesaniu przyklepuje do czoła niesforne kosmyki i upewnia się że wszystko jest tak jak powinno. Dzisiaj po myciu włosów zaproponowałam jej podcięcie z tyłu, a zaczesanie z przodu, na co dziecię oświadczyło, iż kategorycznie nie życzy sobie takich pomysłów i profilaktycznie obraziło się na amen. Dodam, że Róża ma teraz etap obrażania się o wiele rzeczy, przy czym cechą charakterystyczną dla jej gatunku jest trwanie w obrażeniu "dopóki nie przeprosisz". No chyba że w międzyczasie akurat czegoś zachce, wówczas obraza ulega uchyleniu, bądź anulowaniu z powodu roztargnienia.
Tak więc grzywka póki co zostaje, a moje ego kolejny raz klęka przed ołtarzem bożka focha. ("Głupie"- myślicie sobie. Może i głupie, ale przypomnijcie sobie co czujecie wobec swojego fryzjera zaraz po strzyżeniu.)
Poza regularnym dąsem, Rózia zajmuje się szlifowaniem angielskiego metodą eksperymentalną, polegającą na oglądaniu bajek w języku obcym. Eksperyment jest tym ciekawszy, że język nie zawsze jest angielski. Na moje propozycje pomocy w wyborze przynajmniej angielskich wersji, dziecko niezmiennie odpowiada, że "przecież musi się nauczyć", kompletnie czniąjąc fakt, iż native speakerem jest Węgier. Swoją drogą polecam Peppę po węgiersku (matko... brzmi jak danie obiadowe) i i Barbie po czesku.
Efekty kursów językowych mojej córki są ... zdumiewające.
- Up and down - tłumaczy mi Rózia zasadę działania włącznika w lampce.
- I wtedy co się dzieje? - czekam wzruszona
- Gas słat.* 
Cóż...Za to przynajmniej nie trzeba podręczników kupować.

*gaśnie światło - język różyński
Oszczędność miejsca i mobilność

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz