poniedziałek, 21 maja 2018

107. Sprawunki

    Nie wiem kiedy Wam powiedziano po raz pierwszy : "idź do sklepu" i czy w ogóle to pamiętacie.
Ja miałabym z tym problem (zakupy robię od zawsze), gdyby nie wynikła z tego zajścia anegdotka rodzinna. Moja pierwsza wyprawa po sprawunki odbyła się do apteki (tak, to były czasy, że sześciolatkom sprzedawano tabsy), a moja mama zaopatrzyła mnie w kartkę z napisem "gardan lub pyralgin". Ponieważ umiałam już czytać (choć jak się okazało niekoniecznie ze zrozumieniem) nie pokazałam farmaceutce karteluszka, tylko wyartykuowałam z głowy. Pomna trzech pozycji na kartce po długich semantycznych targach z aptekarką przyniosłam zaledwie dwie , bo jak powiedziałam mamie totalnie niepocieszona niepowodzeniem misji "tego w środku nie mieli" (całkiem możliwe że do dzisiaj "lub" jest nie do dostania w aptekach).
  Rózia już od jakiegoś czasu zgłasza swoją kandydaturę jako panna od sprawunków, jednak zważywszy na niewielką zdolność objuczenia, oraz ulicę pod blokiem, ja matka-kura niechętnie podejmowałam temat. Okazja nadarzyła się niedawno , gdy w drodze z placu zabaw przypomniałam sobie że w domu nie ma mleka. Postanowiłam wysłać dziecię, mając pewność, że wie co ma kupić i zna lokalizację towaru w sklepie (samoobsługowym) i nie ma też listy zakupów zawierającej podstępne spójniki podszywające się pod tajemnicze medykamenty. Dziecko dostało piątaka i poleciało na skrzydłach samodzielności, a ja zostałam na placu zabaw zagadując się z koleżanką. Sporo czasu później ujrzałam moją córkę dzierżącą flachę "Łaciatego", opowiadającą każdej mijanej osobie czego właśnie dokonała. Śmiać mi się chciało, ale uznałam że dotrzymam powagi, skoro dla niej to takie święto dorosłości. Sprawa nabrała nowego światła dopiero po dotarciu Różka do mojej ławeczki, gdy zdając mi wraz z mlekiem spoconą resztę monet zainteresowałam się marną wartością reszty - dziecko triumfalnie sięgnęło do kieszeni i wyciągnęło z niej kulkę zawierającą w środku tzw. gluta z silikonu i powiedziało - "patrz mamusiu jakie miałam szczęście, akurat została dwójka do automatu z zabawkami i jeszcze dużo innych pieniążków. Mogę zawsze chodzić na zakupy!"
Taaa...
Się jeszcze zobaczy...

"Czas pędzi, nawet gdy siedzę" Róża Coelho

sobota, 28 kwietnia 2018

106. Cięcie

    Będąc mniej więcej w wieku Róży obcięłam grzywkę mojej ówczesnej najlepszej przyjaciółce (kocham do dzisiaj) Emilce. Jednym zdaniem można by podsumować ową stylizację mniej więcej tak : Jaga Hupało nie wymyśliła swojej grzywki jako pierwsza.  Do tego stopnia wpłynęłam tym epizodem na Emilczyne życie, że została fryzjerką (nie wiem czy nie w akcie samoobrony). W wieku podstawówkowym na jednym z zimowisk "obcięłam końcówki" włosów (do ramion) koleżance z pokoju, rozpoczynając modę na fryzurę na tzw."grzybka". Kasiu...przepraszam.
Potem już długo nie zabierałam się za fryzjerstwo, wychodząc z założenia, że mimo awangardowych efektów, jest to bardzo stresujący fach, zwłaszcza podczas finalnych oględzin klientki.
Parę razy szarpnęłam się za swoje kudły, ale ich faktura pozawala na w miarę niewidoczne eksperymenty, no i kilka razy skróciłam Rózi grzywkę i plerezkę osiągając za każdym razem ten sam efekt "na odmózga". Staram sie już jednak nie wykonywtać radykalnych cięć, pomna zbulwersowanych reakcji z przeszłości.
 Do radykalnego cięcia za pomocą nożyc do porcjowania kurczaka zmuszona zostałam niedawno przez fantazję dziecka, spryt producentów "sprytnej plasteliny" i uśpioną czujność tatusia, który zległ był po pracy.
Dziecko, które od urodzenia nie miewało dziwnych pomysłów w stylu chodzenia po parapecie, wkladania palców do kontaktu, malowaniu farbą telewizora, czy cięciu nożyczkami garniturów w szafie, zostało obdarzone przez nas zaufaniem, którym jak sie okazuje należy jednak szafować. Powróciwszy bowiem do domu zastałam córkę ukrytą za suszarką na pranie, z miną niepewną, acz zdesperowaną do samodzielnego rozwiązania zaistniałego problemu. Problem natomiast polegał na tym, że naszyjnik ze "sprytnej plasteliny" nie chciał sie przestać sprytnie kleić do ciała, oraz...warkoczyka. (Każdy kto zna ten szatański produkt zna tę konsystencję gotowanej smoły i doskonale wie, czym kończy sie kontakt owej masy z czymkolwiek.) Róża miała oblepioną na kolor fioletowy magnetic szyję, kark, włosię oraz sweter, gdyż sprytny naszyjnik nęcony grawitacją przemieszczał się ku dołowi.
Dopadłam do niej i chlasnęłam co się ostało, po czym z wyjącą w niebogłosy pognałam szukać fryzjera (piątek, godzina 18). W odwodzie zawsze miałam Emilkę, która wybaczyła mi hupałową grzywkę już dawno i nawet nie probuje się zemścić przy regularnych podstrzyżynach. Na szczęście nie byłam zmuszona jechać przez pół miasta z dzieckiem wyjącym "jestem brzyyyyydkaaaa", gdyż zupełnie blisko znalazłyśmy fryzjerkę, która bez słowa, wyrozumiale zabrala się do akcji. Róża, po wszystkich zawodzeniach pt. "Niech pani ratuje moją urodę" ,oraz  "To już koniec!!" , przycichła i zaczęła delektować się sytuacją z której wynikało jednoznacznie, że tu istnieje podział według płci klientów i ona wlasnie oto po raz pierwszy w życiu dostąpiła zaszczytu korzystania z usług fryzjera DAMSKIEGO. Doszedłszy iż do tej pory strzyżona była przez fryzjerkę która strzyże tatusia, oświadczyła że od tej pory do końca życia chodzić bedzie wyłącznie do fryzjerów damskich i uśmiechała tak, jak uśmiechają się ludzie, którzy stłukli sobie stopę potykając się o worek brylantów. Nie przeszkadzało jej, że fryzura z którą wyszła przypominała stylówę He-mana, gdyż pani robiła co musiała i nie bardzo było z czego upiększać. Odwiedziny w  świątyni urody DLA KOBIET zadziałały niezawodnie na poprawę humoru bądź co bądź kobiety, choćby i niespełna sześcioletniej, ale silnie celebrującej swą płeć. Zastanawiam się czy może w ramach uświadamiania córce kolejnych aspektów kobiecej pielegnacji urody nie użyć tej sprytnej mazi do zademonstrowania czym jest depilacja nóg.

"Niech Pani ratuje moją urodę"

Kopernik była kobietą

poniedziałek, 18 grudnia 2017

105. Pastuszek

Róża wystąpi w jasełkach. Przeszczęśliwa oznajmiła nam to jakiś tydzień temu, wyrażając jednocześnie nadzieję, iż sprostam wymaganiom kostiumowym i rzecz jasna przybędziemy oklaskiwać widowisko. Uradowani niezmąconym entuzjazmem córki, która bez zająknięcia i cienia wątpliwości przyjęła rolę....pastuszka, rozeszliśmy się do życia, by przedwczoraj zejść sie w celu skompletowania kostiumu. I tu jakby to powiedzieć, stanęliśmy na rozdrożu między lawiną fantazji na temat stroju rzeczonego pastuszka, a realimi jasełek w Polsce, które jednak lansują modę podhalańskiej wsi z końca XIX wieku. Nasza córka płynąca na fali romantycznych wizji dziewoi w wianku, sukni w kwiaty oraz srebrnych(!) sandałkach, umajonej biżuterią i skropionej perfumą, dlugo sondowała zdjecia pastuszych kreacji, by na końcu z kamienną miną wyrzec : " zajmij sie tym mamo, nie rozmawiajmy o tym". Zdanie to w narzeczu różynskim oznaczało w tym przypadku "pieprzę to w czym pójdę, skoro to takie straszne szmaty, niech to juz minie i udawajmy że sie nie wydarzyło".
Na dodatek plażowy kapelusz słomkowy, który miał stanowić jasny punkt na czarnej plamie chlopaczynskiego ohydnego stroju, okazal sie być jednak niedostatecznie pasterski, bowiem po przywdzianiu go, Róża wyglądała jak Janis Joplin na urlopie w Jastarni. Pastusze morale umierały z chwili na chwilę. Na szczęście za zgodą pani wychowawczyni, nasz pastuszek dostał dyspensę na przytulanie w czasie występu ukochanej, wyszarganej i nieodłącznej owieczki-przytulanki, co jednak nieco ukoiło Różane nerwy. Dalsze próby skłonienia do radosci z bycia pastuszkiem dziecko skwitowało słowami "trudno, nie zawsze aktorzy grają co chcą", którą to mądrość przekazał jej tatko.
Dzisiaj okazało się że pastuszka może iść w spódniczce, a warkocze złapie się jej gumkami z kwiatuszkiem. Srebrne sandały będzie nosić po domu. Żeby jakoś zapomnieć i odreagować.

"Jak przechytrzyć Mikołaja, plan A"

niedziela, 19 listopada 2017

104. Dziwne sprawy

Jak co sobotę, Rózia z tatą grzebią sie do popołudniadnia w piżamach, podczas gdy ja idę do pracy. Ponieważ jest to zarazem jeden ze słodyczowych dni naszej córki , zazwyczaj na pożegnanie dostaję buziaka usmarowaną od nutelli buzią. Około południa dzwoni mąż z relacją z frontu, bądź córka w pretensjach dlaczego mnie tu nie ma, co niechybnie oznacza, że zakazano jej robić co chce. Zazwyczaj po moim poparciu dla ojcowskiej stanowczosci następuje teatralne westchnienie i naburmuszona cisza. W tę sobotę zadzwoniłam ja zaniepokojona długą ciszą.
Ja: -Halo, co tam u was? Nikt nie dzwoni...
M: -A spoko, tylko Róża chyba powinna przestać wychodzić na dwór.
Ja: -Yy czemu?
M: -Lata po chacie i rozdzierającym głosem woła "Kto mi odda moje dziecko???"
Ja: - O matko... skąd jej sie to wzięło?
M: -Nie mam pojęcia, ale już lepsze to, bo wcześniej wołała  "Kto mi odda moje piwo?" Może jak nie patrzymy to ogląda "Trudne sprawy"....
Coś by mlasnęła, albo tego piwa szuka




środa, 25 października 2017

103. Rozmowy po drodze

1.
Idziemy do przedszkola w deszczu. Rozia radośnie tapla się w kałużach, kręcąc parasolką. Poganiam ją, gdyż moknę.
Ja: - Różyk, streszczaj się! Pada na mnie!!
R: - Nie masz parasola ani kaloszy?
Ja: - Mam, ale w domu, bo nie zabrałam.
R: - A ja mam!
Ja: - Masz, bo ja zawsze najpierw myślę o tobie a potem o sobie. Taka jestem dziwna widzisz...
R: - Nie martw sie mamo, znam to. Ja czesem tez najpierw mysle o tobie, a potem o sobie.
Ja: - Ooo... a dokładniej to kiedy?
R: - Na przykład na basenie. Jak mi powiedziałaś żebym zjechała z tej duzej zjeżdżalni, to ja pomyślałam że lepiej ty pierwsza.

****
2.
W sklepie na dziale z jogurtami i nabiałem wszelakim:
R: - Dla mnie mleko czekoladowe, dla taty bananowe! A dla ciebie jakie?
Ja: - Dla mnie żadne kochanie. Ja nie lubię mleka!
R: - Jak to? Naprawdę mamo? Jesteś pewna?
Ja: - Jestem Róziu. Nie piję mleka.
R: - Ale kłamiesz... a kto wlewa mle-ko-do-ka-wy?
Ja: - No fakt. W kawie piję mleko.
R: - Oh mamo... jaka ty jesteś skomplikowana. Jak labirynt w piramidzie.

***
3.
W drodze na tańce bawimy się w zagadki
Ja: - Zwierzę które potrafi strasznie śmierdzieć. Znasz nazwę?
R: - Nie.
Ja: Skunks przecież.
R: -Teraz ja zadaję pytanie. Zwierzę które potrafi przestać śmierdzieć.
Ja: - Yyy.... nie mam pojęcia...
R: - Sprytny skunks popryskany perfumami.

***
4.
Po balu jesieni w przedszkolu.
J: - Opowiesz mi o balu?
R: - Nooooo.... najpierw byłam wesoła, a potem już tylko smutna.
Ja: - Serio? Czemu?
R: -Bo mi od kapelusza odpadł listek.
Ja : - Ale na kapeluszu bylo ich jeszcze  kilkadziesiąt innych liści!!
R: - Ale to już wtedy nie był ten sam kapelusz, tylko ten listek dodawał mu klasycznej elegancji.

w JESZCZE eleganckim kapeluszu


     

sobota, 21 października 2017

102. Jesienne melodie

Ummhhmmmaaa uuummmhhhmmmaaa uuummmmhhaałauummm.....ummmmłahu
- dobiegło z poziomu bagażnika.
Wyrawana z kontemplacji nad smrodem w piwnicy o poranku, przystanęłam na chwilę, zwracając się ku tyłowi rowera. Róża siedziała okrakiem, dziarsko wywijając nogami i zawodząc jak wciągnięta taśma magnetofonowa. Na moje pytanie cóż to ma doprawdy być, dziecko swobodnie odpadło, że prezentuje mi tu oto indiański śpiew gardłowy, który nadzwyczajnie dobrze brzmi, po tym jak wypadł jej mleczny ząb na dole. (Jupi! Pierwszy bez pomocy dentysty). Przez moment wsłuchiwałam sie w ów "śpiew", bo mnie zwyczajnie zatkało, po czym jak to  każdy ramol ktory nie czai, jęłam doszukiwać sie sensu. Dostałam zatem czego chciałam...dowiedziałam sie bowiem, że pieśń ta konkretnie opowiada o tym, ze ludzie wysyłają do nas za mało przesyłek, oraz że powinno sie głaskać wiecej psów. W sumie...dobry przekaz - uznałam po tym jak odzyskałam normalny wyraz twarzy.

Ummhhmmmaaa uuummmhhhmmmaaa .
To było o miłości, ptakach planujących odloty i kupie w kałuży, obok której przejechałyśmy. Jesień jest taka inspirująca.


Przyjaciele Rózi -Dawid i Daniel przywitali ją należycie!


wtorek, 26 września 2017

101. Dźwignia handlu

Róża uwielbia reklamy. Zważywszy jednak, iż nie ogląda telewizji wcale, jej jedynym sposobem na wpojenie haseł reklamowych jest przerwa między bajkami na YouTube. Musi być przy tym ostrożna i czujna, bowiem rodzice bardzo jej w tej pasji przeszkadzają.
Po jednym z przeoczonych przeze mnie seansów reklamowych Rózia weszła dziarsko do kuchni głosząc:
- Musimy kupić natychmiast Śliwkę Nałęczowską! "To klejnot w koronie słodyczy."
- Aha - odparłam, i wbrew oczekiwaniom córki nie runęłam ku drzwiom nabywać cukierki.
- Pamiętaj mamo, "Śliwka Nałęczowska to najlepszy sposób na wprawienie w stan słodkiej nieważkości "- szyła Rózia z głowy.
- Będę pamiętać - paliłam głupa konsekwentnie.
Poszła do siebie z dziwną miną. Po minucie wróciła nawijać dalej.
- Ciekawe jak smakuje taka..."Śliwka Nałęczowska...poezja dla podniebienia "- zastanawiała się teatralnie
- Możesz to sprawdzić dopiero w słodyczowy dzień, ale z tego co pamiętam to smakuje jak suszony owoc w czekoladzie - starałam się zachować powagę, wewnątrz jednocześnie turlając się ze śmiechu i pomstując na wszechobecne pranie mózgu reklamami.
Róża czekała. Pół tygodnia wizualizowała sobie szczęście zalewające jej wątpia po odkąszeniu upragnionego słodycza. Dodam że żadne inne pochodzenie śliwek poza reklamowanym nie wchodziła w grę. Nałęczów rządzi.
W końcu poszłyśmy do sklepu, a na regale stały ONE!! Róża nieomal pokłoniła się półce i oczywiście zapragnęła nabycia największego opakowania. Jednak moje przytomne sugestie, że może weźmiemy na próbę kilka sztuk "na wagę" zostały rozpatrzone pozytywnie, w związku z czym nie wydałam połowy budżetu zakupowego na puszkę cukierków.
Dziecko chodząc dumnie po sklepie pokazywało wszystkim torebkę, którą pieczołowicie ściskała, objaśniając przypadkowym kupującym , oraz połowie załogi sklepowej w jakiż to "słodki stan nieważkości wprawi ją dzisiaj Śliwka Nałęczowska, z apetyczną sferą kakao", oraz że "ten smak przeszedł do historii".
Po przyjściu do domu , bez zdejmowania butów i kurtki Róż z namaszczeniem rozwinęła papierek i z błyskiem w oku nadgryzła "poezję smaku" jednocześnie zmykając mi drzwi przed nosem. Pomyślałam, że niektóre marzenia muszą się realizować w samotności, poszłam więc do kuchni rozpakować siaty.
Kilka sekund później drzwi rozwarły się z rozmachem, a amatorka nałęczowskich łakoci czarna na dziobie wyprysnęła z pokoju.
Jest taki fragment w "Chatce Puchatka", gdy Tygrys próbuje żołędzi. Myślę że mieliśmy w domu adaptację tej sceny.
Po dokładnym opłukaniu paszczy wodą, Rózia oddała mi ochoczo resztę zawartości torebki ( ja akurat bardzo lubię te słodycze).
Dzięki temu doświadczeniu, nasz córka skłonna była przyznać, że reklama nie jest szczególnie miarodajnym źródłem wiedzy o świecie i że należy czasem brać pod uwagę sugestie rodziców powątpiewających w sens reklamowych sloganów.
Dzisiaj byłyśmy w sklepie. Róża znalazła artykuł bez którego nie jest w stanie żyć. "Mamo, popatrz !Jajo hatchems - w najlepszych sklepach - tylko od Cobi"
zwariuję


***wpis nie jest sponsorowany, a szkoda :/

- Róziu, co rysujesz?
- Rozumienie.